Spis treści
- Tajemnicze zniknięcie Marzeny Cichockiej. Rodzina bezskutecznie szukała 22-latki
- Zbrodnia w lesie w Młodzieszynie. Tomasz M. oskarża Remigiusza o morderstwo Marzeny
- Mroczna przeszłość Tomasza M. Usiłowanie zabójstwa, kłamstwa i chęć rozgłosu
- Tomasz M. odrzuca oskarżenia. Ciało Marzeny Cichockiej z Sochaczewa nadal nieodnalezione
Pod koniec maja 1999 roku Marzena Cichocka, ciesząca się dużą sympatią pracownica fabryki telewizorów w Żyrardowie, liczyła sobie 22 lata. Planowała spędzić wieczór na zabawie tanecznej ze swoim partnerem Remigiuszem, dlatego postanowiła szybciej zakończyć zmianę. Z chęcią przystała na propozycję swojego znajomego Tomasza M., który zaoferował podwiezienie. Kobieta spieszyła się do domu, aby odpowiednio przygotować się do wyjścia i poprawić makijaż. Oboje mieszkali na terenie Sochaczewa, więc trasa idealnie im pasowała. Młoda dziewczyna ufała kierowcy, którego dobrze znała. Sprawę tę wielokrotnie analizował detektyw Krzysztof Rutkowski. „To zniknięcie od początku wiązałem z osobami z kręgu znajomych dziewczyny. Wsiadła do auta z kimś, komu ufała. I to był jej błąd” – ocenił z perspektywy czasu słynny detektyw.
Tajemnicze zniknięcie Marzeny Cichockiej. Rodzina bezskutecznie szukała 22-latki
Młoda mieszkanka Sochaczewa przepadła bez najmniejszego śladu. Niepokój najbliższych sięgnął zenitu, gdy do ich drzwi zapukał Remigiusz, pytając matkę dziewczyny, Mariannę, o to, czy 22-latka obudziła się już po imprezie. Rodzice byli przekonani, że córka bezpiecznie spędziła noc u boku swojego partnera lub ewentualnie przenocowała u jednej z przyjaciółek, co miało już miejsce w przeszłości. Chłopak uparcie przekonywał jednak, że za bezpieczny powrót Marzeny Cichockiej po dyskotece miał odpowiadać Tomasz, który zobowiązał się do odwiezienia jej do domu. Niestety tak się nie wydarzyło.
Zrozpaczona rodzina próbowała na własną rękę ustalić losy dziewczyny. Najbliżsi dniami i nocami przemierzali ulice Sochaczewa oraz sąsiednich wiosek, pokazując przechodniom fotografie zaginionej córki. Pytali dosłownie każdego napotkanego człowieka o jakiekolwiek szczegóły, ale za każdym razem spotykali się z przeczącym kręceniem głową i całkowitą niewiedzą ze strony rozmówców.
Zagadka jej zniknięcia pozostaje nierozwiązana, a funkcjonariusze wciąż nie mają pewności co do przebiegu zdarzeń z tamtej nocy. Zebrane informacje potwierdzają jedynie, że 22-latka faktycznie zajęła miejsce w pojeździe Tomasza tuż po zakończeniu zmiany w fabryce. Tego samego wieczoru widziano ich razem w lokalu gastronomicznym „Basieńka” w miejscowości Młodzieszyn, niedaleko Sochaczewa. Mężczyzna został zatrzymany do wyjaśnienia i w trakcie przesłuchania nie zaprzeczył, że podróżował z zaginioną. Kategorycznie odciął się jednak od oskarżeń o zrobienie jej krzywdy, rzucając cień podejrzeń na zupełnie inne osoby.
Zmarły reporter śledczy Janusz Szostak w swojej publikacji zatytułowanej „Ukryte ślady” przytoczył wersję zdarzeń prezentowaną przez przesłuchiwanego. Tomasz M. twierdził, że towarzyszył im wówczas partner zaginionej, Remigiusz. Cała trójka miała udać się pod sklep wielkopowierzchniowy przy ulicy Pokoju w Sochaczewie, gdzie rzekomo po raz ostatni świadek widział 22-latkę całą i zdrową. Śledczym opowiedział historię, z której wynikało, że po parę zakochanych podjechał mroczny przestępca, doskonale znany w lokalnych kręgach kryminalnych, poruszający się czarnym samochodem marki Audi.
Relacja złożona przez głównego świadka obfitowała w makabryczne szczegóły. W swojej książce Janusz Szostak dokładnie przytoczył słowa mężczyzny. „Arek powiedział, że pojedzie z nim i Marzeną i wrócą za 30-40 minut. Ale przyjechali późno w nocy, a ja czekałem cały czas w samochodzie pod sklepem. Wyszedł tylko Remigiusz. Opowiadał mi, jak się z nią zabawiali. Gdy go zapytałem, gdzie teraz jest Marzena, powiedział, że wrzucili ją do jakiegoś rowu w lesie” – zeznał przed śledczymi Tomasz M.
Zbrodnia w lesie w Młodzieszynie. Tomasz M. oskarża Remigiusza o morderstwo Marzeny
Przesłuchiwany przekonywał, że na początku potraktował słowa rozmówcy jako makabryczny żart. Remigiusz miał jednak zareagować zaproszeniem do lasu w Młodzieszynie, by na własne oczy udowodnić prawdziwość tej historii. Na miejscu okazało się, że zaginiona znajdowała się w wykopanym dole bez ubrań. „Widziałem to wszystko w światłach samochodu. Remek wszedł do dołu i powiedział: »ku***, ona nie żyje«. Zaraz zadzwonił po bandziora a ten przyjechał mercedesem ojca. Z bagażnika wyjął szpadle i we dwóch ją zasypywali. Nie mogłem na to patrzeć i poszedłem na drogę. Potem razem wróciliśmy do Sochaczewa. Po drodze Remigiusz wyrzucił jeszcze z samochodu torebkę Marzeny” – relacjonował szczegółowo Tomasz M.
Świadek przedstawił organom ścigania niezwykle precyzyjny obraz zbrodni, wymieniając z imienia i nazwiska rzekomych morderców. Warto zaznaczyć, że taka narracja nie pojawiła się od razu, a przesłuchiwany wielokrotnie modyfikował swoje zeznania i kluczył w śledztwie. „Bałem się ich zemsty, dlatego wcześniej o tym nie mówiłem. Oni są niebezpieczni, każdy w Sochaczewie o tym wie. Wiedzieli nawet, kiedy będę wzywany na policję, uprzedzali mnie o tym i pouczali, jak mam zeznawać” – tłumaczył powody swojej wcześniejszej powściągliwości. Przekonywał funkcjonariuszy, że ruszyło go sumienie, co skłoniło go do wyjawienia mrocznej prawdy pomimo strachu o własne życie.
Wspomniany wcześniej reporter Janusz Szostak podchodził do tych rewelacji ze sporym dystansem. Ujawnił, że w tym samym czasie Tomasz M. wielokrotnie telefonował do matki zaginionej, żądając od niej zapłaty w wysokości pięciu tysięcy złotych za zdradzenie lokalizacji szczątków jej córki. Później upierał się, że transakcja doszła do skutku, jednak Marianna Cichocka stanowczo zdementowała te pogłoski. Kobieta zrezygnowała z wyjazdu na spotkanie ze względu na strach przed samotną konfrontacją z mężczyzną, pomimo ogromnej desperacji w dążeniach do odnalezienia ukochanego dziecka.
Wersja przedstawiona przez podejrzanego nie znalazła żadnego potwierdzenia w materiale dowodowym, przez co organy ścigania nie zdołały powiązać Remigiusza ani opisywanego gangstera z rzekomym zabójstwem. Policja nie natrafiła na najmniejszy ślad świadczący o ich zaangażowaniu w ten proceder. Janusz Szostak w swoich tekstach wysnuł wręcz teorię, że winę za całe to zdarzenie ponosi nikt inny jak sam Tomasz M. Prawdziwy przebieg wydarzeń z majowej nocy pod koniec ubiegłego wieku nadal pozostaje dla organów ścigania nierozwiązaną zagadką.
O trudnościach w śledztwie wypowiadał się również Ireneusz Kisiołek, funkcjonariusz z sochaczewskiej komendy zajmujący się w przeszłości poszukiwaniami. „Tego wieczoru Tomasz został zatrzymany do kontroli dokumentów na jednej ze stacji paliw, jednak nie było z nim Marzeny, chyba że leżała już w bagażniku. Ale tego nikt nie sprawdzał, była to rutynowa kontrola dokumentów” – wspominał dawny policjant. Zwykłe drogowe wylegitymowanie przyniosło funkcjonariuszom sporo kłopotów, bo kontrolowany kierowca wkrótce złożył fałszywe zawiadomienie o wręczeniu łapówki jednemu ze stróżów prawa.
Mroczna przeszłość Tomasza M. Usiłowanie zabójstwa, kłamstwa i chęć rozgłosu
Mężczyzna od lat demonstrował swoje niezwykłe umiejętności manipulacji i oszustwa. Przebywając w zakładzie karnym w Sztumie, bez problemu połączył się telefonicznie z Centralną Ewidencją Pojazdów i Kierowców, udając oficera policji. Wyłudził w ten sposób adres zamieszkania funkcjonariuszki więziennej, która wpadła mu w oko. Systematycznie wracał za więzienne mury za najróżniejsze przestępstwa. Dziennikarz Szostak opisał historię nawiązania przez niego korespondencyjnego romansu z nauczycielką, którą natychmiast po wyjściu na wolność brutalnie okradł. Najbardziej wstrząsający czyn popełnił na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy to jako nastolatek próbował zamordować swoją sąsiadkę. Dziewczyna znaleziona w sadzie miała zmasakrowaną twarz i poważne urazy czaszki, przez co resztę życia spędziła na operacjach plastycznych naprawiających skutki cięć ostrym narzędziem.
Jako młodociany sprawca trafił zaledwie na kilka miesięcy do izby dziecka, po czym, dzięki staraniom swoich rodziców, odzyskał wolność. Niedługo po wyjściu dokonał kolejnego brutalnego ataku, tym razem mocno bijąc starszą osobę. „To psychopata, który czerpie satysfakcję z zadawania innym cierpienia, górowania nad nimi” – stwierdził na łamach prasy jeden z lokalnych mieszkańców. Kolejny sąsiad dodał, że agresor starał się unikać konfrontacji z silniejszymi oponentami. „Ale zawsze schodził z drogi silniejszym od siebie. Tu, gdzie mieszkał, traktowany jest jak popychadło, wszyscy śmiali się z niego. On to pewnie odreagowuje na swoich ofiarach” – podsumował znajomy mężczyzny z dawnych lat.
Służby nigdy nie zgromadziły wystarczających materiałów, aby oskarżyć go o uśmiercenie Marzeny Cichockiej. Co prawda policjanci w nieoficjalnych dyskusjach sugerują, że wiele poszlak układa się w logiczną całość wskazującą na jego sprawstwo, to jednak w sądzie brakuje bezspornych dowodów na winę tego konkretnego mieszkańca Sochaczewa.
Ówczesne realia pracy organów ścigania nie sprzyjały skupieniu się na tej pojedynczej tragedii. „Może byśmy go dopadli, ale w tamtym czasie były inne priorytety. Kazali nam ścigać gangusów z Pruszkowa i Ożarowa, ta sprawa zeszła na dalszy plan” – wspominał po latach anonimowy oficer operacyjny z tamtego okresu.
Trzynaście lat temu podejrzany po raz kolejny złożył zeznania, wskazując nowy obszar ukrycia zwłok w lesie niedaleko Mistrzewic, w pobliżu wyrobisk żwirowych obok obecnego akwenu wodnego. Prace ekipy poszukiwawczej z policyjnego Archiwum X zakończyły się jednak fiaskiem. Odkopano co prawda fragmenty ubrań w postaci bluzki i rajstop, ale biegli nie byli w stanie powiązać tych dowodów rzeczowych z zaginioną kobietą. Sprawa znów utknęła w martwym punkcie, pozostawiając śledczych bez konkretnych odpowiedzi o los 22-latki.
Po kolejnych trzech latach główny bohater tej historii wymyślił zupełnie inny scenariusz zdarzeń. Zgłosił śledczym, że doczesne szczątki ofiary spoczywają na terenie przylegającym do placówki opiekuńczej w Młodzieszynie. Użycie specjalistycznego sprzętu w postaci georadaru na wskazanym gruncie nie przyniosło żadnego pożądanego przełomu.
Konfabulacje i fantazjowanie były na porządku dziennym w życiorysie podejrzewanego. „Tomasz M. znany jest z wyjątkowej skłonności do konfabulacji. Wiele o tym wiedzą śledczy, a także personel kolejnych aresztów i zakładów karnych, do których trafia. Niejednokrotnie zgłaszał się do śledczych, rodzin ofiar, a także i do mnie z rewelacjami w głośnych sprawach kryminalnych, między innymi Krzysztofa Olewnika, Iwony Wieczorek czy Jarosława Ziętary. Przy zabójstwie tego ostatniego rzekomo miał być obecny” – ujawniał świętej pamięci dziennikarz śledczy Janusz Szostak.
Jego zachowanie przeanalizował również szef jednostki penitencjarnej w Sztumie, pułkownik Jan Mrozowski. To właśnie tam zatrzymany spędził część swojego wyroku. Dyrektor stwierdził wprost, że więzień pragnął za wszelką cenę zaistnieć w przestrzeni publicznej. „Ma też w tym jakieś swoje kalkulacje” – twierdził stanowczo ekspert do spraw więziennictwa.
Tomasz M. odrzuca oskarżenia. Ciało Marzeny Cichockiej z Sochaczewa nadal nieodnalezione
Oszust wielokrotnie chwalił się udziałem w różnych mrocznych wydarzeniach w roli naocznego obserwatora. Barwnie opowiadał o niewyjaśnionych dotąd zbrodniach w rejonie Sochaczewa, konsekwentnie zrzucając winę na popularnych w tamtej okolicy kryminalistów. W swoich historiach przywoływał między innymi detale dotyczące rzekomej śmierci zbiegłej wychowanki kieleckiego ośrodka, która wcześniej miała paść ofiarą sutenerów w agencji towarzyskiej na terenie Skierniewic.
Relacje ze słynnym reporterem śledczym bywały niezwykle intensywne. Zza krat mężczyzna regularnie kontaktował się z redakcją, dzwoniąc, wysyłając korespondencję i umawiając się na wywiady, na które później nigdy nie dotarł. „Nie będę pisał szczegółów, ale proszę mi wierzyć, że gdybym spotkał się z panem tu, w zakładzie, to byłbym skończony” – informował w jednym z listów adresowanych do dziennikarza. Zostawił również zapłakane wiadomości na skrzynce głosowej, by w końcu poprosić o całkowite zaprzestanie publikacji na jego temat. „Poniosłem już w życiu karę za swe czyny i rozgłos medialny nie jest mi potrzebny. Mogę panu obiecać, że nie straci pan na tym” – pisał osadzony, po czym całkowicie zamilkł.
Końcówka wakacji w 2016 roku przyniosła nową akcję poszukiwawczą zainicjowaną przez Fundację Na Tropie. Działacze, wspierani przez redaktora Szostaka, przeszukiwali wytypowany kawałek lasu na skraju Puszczy Kampinoskiej nieopodal Sochaczewa, gdzie rzekomo mogła znajdować się zamordowana Marzena Cichocka. Szczątków nie wydobyto na powierzchnię, ale dziennikarz zawsze przypominał, że przeszukiwany obszar charakteryzuje się ogromnymi rozmiarami i zwłoki wciąż mogą leżeć gdzieś głęboko pod ziemią.
Rodzina byłego więźnia niezmiennie twierdzi, że cała ta sprawa to jedno wielkie kłamstwo, a on sam nie skrzywdził 22-latki. Również oskarżany publicznie odpiera ataki. Po wyjściu z aresztu wrócił w rodzinne strony pod koniec 2018 roku, jednak wolnością nie nacieszył się zbyt długo. Kilka miesięcy później organy ścigania aresztowały go ponownie pod zarzutem usiłowania wyłudzenia pieniędzy i szantażu, a z uwagi na wcześniejszą przeszłość odpowiadał w warunkach recydywy. Janusz Szostak ustalił, że 44-letni oszust zadzwonił do biznesmena z Lubania z fałszywą historią o planowanym uprowadzeniu jego 29-letniej córki. Zażądał okupu, by powstrzymać sprawców, dodając przy okazji historyjkę o rzekomo chorym dziecku potrzebującym wsparcia. Zastawiona przez policję zasadzka i podsłuchane rozmowy szybko doprowadziły do ujęcia sprawcy.
Mimo sporych wątpliwości i logicznych poszlak sugerujących morderstwo, z prawnego punktu widzenia Marzena Cichocka wciąż figuruje w dokumentach jako zaginiona. Organy ścigania nie dysponują jej ciałem, przez co prokuratura ma związane ręce i nie może postawić nikogo przed sądem. Służby mundurowe apelują do wszystkich świadków, by przekazywali jakiekolwiek poszlaki i informacje mogące pomóc w ustaleniu prawdy na temat tragicznych wydarzeń do najbliższego komisariatu.